Długo zastanawiałem się nad tym, jak przygotować poniższy artykuł. Otóż spoczywa na mnie duża odpowiedzialność, jeśli chcę Wam przedstawić bardzo złożony temat w oparciu o osobistą przygodę. A jest to zdecydowanie coś więcej niż zabawa w towarzystwie używek. To przygoda, która wykracza ponad wszystko czego w życiu doświadczyłem.
*W tym miejscu chcę wyraźnie zaznaczyć, że celem tego artykułu jest wyłącznie podzielenie się moimi doświadczeniami, zdobytymi podczas prawie trzyletniego życia w Azji Południowo-Wschodniej. Nie jest moją intencją zachęcanie do udziału w jakichkolwiek praktykach, które są nielegalne.
Chociaż będę opowiadać o ceremonii Ayahuasca, pozwólcie, że cofnę się w czasie aż o 5 lat, kiedy w Warszawie przytrafiło mi się coś, co ukształtowało dzisiejszego mnie. Zdaję sobie sprawę z faktu, że wiele osób może sceptycznie podchodzić do tego typu historii, ale chciałbym bardzo otwarcie, szczerze i złożenie podzielić się z Wami moimi obserwacjami, wnioskami.
[W najbliższym tygodniu opublikuję artykuł o Ceremonii Ayahuasca, ale uznałem, że potrzebne jest to wprowadzenie.]
Przez większość mojego życia mierzę się z wieloma trudnościami. A mają one swoje źródło w licznych kompleksach, zarówno zewnętrznych – dotyczących mojej aparycji, zachowania, jak (i przede wszystkim) te wewnętrzne, dotyczące poczucia niezrozumienia, odmienności i nadwrażliwości. I chociaż po 34 latach mojego życia czuję, że wykonałem dobrą robotę, zarówno pod względem tego kim jestem i co sobą reprezentuję, mojej profesji czy sytuacji finansowej, wieloletnia niepewność siebie i niska samoocena ograniczały mnie, blokowały, obezwładniały. Któregoś dnia przyjaciółka zaproponowała mi wspólną przygodę z wykorzystaniem grzybów halucynogennych, a ja nie sprawdzając żadnych informacji na ten temat, zwyczajnie się zgodziłem, ufając, że to będzie ciekawe doświadczenie z używkami. Było to bardzo lekceważące podejście do tematu i dzisiejszy ja zawsze będę powtarzał, że najważniejsza jest edukacja, bo wszystko co ludzkie nie jest mi obce, o ile z umiarem i odpowiedzialnością.
W wieczór, w którym byliśmy z umówieni z przyjaciółką byłem zarówno zmęczony jak i w kiepskim nastroju, jednak nie chciałem kolejny raz przekładać spotkania i przyjechałem na umówioną godzinę. Mieliśmy bardzo szczegółowe instrukcje od kogoś, kto był zaznajomiony z tematem, dlatego nie martwiliśmy się o to, co nas czeka. Dzisiaj mogę to streścić w następujący sposób: najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa i komfortu, dlatego zrobiliśmy to we dwoje, jako bliskie sobie osoby i wybraliśmy zamkniętą przestrzeń w mieszkaniu. Istotne jest dawkowanie i przygotowanie.
Sesja zaczęła się około 30 minut po zjedzeniu suchych grzybów. Kolory stawały się cieplejsze, bardziej jaskrawe. Trochę jak fale przeszywające moje ciało, czułem się coraz bardziej rozluźniony, jakby ktoś okrył mnie płaszczem spokoju i bezpieczeństwa. Kiedy przyjaciółka wyszła do toalety, poczułem że czegoś nam w pokoju brakuje. Zrzuciłem kołdrę z łóżka i ułożyłem ją na podłodze, następnie chwyciłem za telefon i znalazłem na Spotify kilkugodzinną playlistę dedykowaną tego rodzaju przygodzie.
Oboje położyliśmy się na kołdrze, a nad naszymi twarzami wisiał papierowy żyrandol w kształcie chmury, który później okazał się gwoździem programu naszego wieczoru. Bardzo naturalnie poddaliśmy się temu, co nas za moment czeka. Praktycznie bez interakcji między sobą, leżeliśmy w ten sposób przez najbliższe 5 godzin. Każdy doświadcza psychodelików na swój unikalny sposób, nie ma jednej reguły. Nie jest to nic nagłego, co miałoby wywołać szok dla organizmu, ani od strony cielesnej, ani mentalnej. To trochę jak zaplanowany niedzielny wieczór filmowy z drugą połówką, kiedy z przekąskami, pod kocem, oglądamy fascynujący film, który dawno mieliśmy obejrzeć. Pełny komfort, spokój, naturalność, jakbym sam prowadził się przez coś, co jest zupełnie mi obce i jednocześnie znane.
Moją przygodę dzielę na dwa etapy, trwające mniej więcej 2,5h każdy. Wszystko rozpoczęło się od symetrii i geometrii, kształtów, które formowały się znikąd, jak krople wody opadające na niewzburzoną taflę wody. Wprowadzało mnie to w swego rodzaju trans, hipnozę, koncentrację na tu i teraz. Mimo, że nie miałem żadnej intencji ani myśli, piękna muzyka w tle była moim przewodnikiem po spokojnych jednostajnych myślach, trochę jak powiew wiatru, w którym unoszą się różne zapachy. Po pewnym czasie zacząłem przyglądać się mojemu życiu: tym jak ono teraz przebiega. Czy jestem szczęśliwy i spełniony? Czy realizuję moje marzenia? Każda myśl rodziła kolejne, rozkładając każdy temat na mniejsze, bardziej precyzyjne refleksje. Wszystko to, mimo, że w chaosie, było jednocześnie taką współistniejącą harmonią pojedynczych instrumentów. Z różną historią, ale również łączącą się w całość jednej melodii. Przyglądałem się sobie niczym mediator, który swoim intelektem i doświadczeniem życiowym, potrafi analizować to, co widzi, wyciągając rzetelne wnioski. Pierwszy raz w życiu, zamiast uciekać od myśli, całkowicie się im poddałem. Z każdą minutą nurkowałem głębiej i głębiej, docierając do istotnych chwil mojego życia. Zarówno tych dobrych jak i złych, wszystkiego co miało wpływ na to kim jestem dzisiaj. Przyglądałem się temu, co mnie ukształtowało w formule takiej, jakbym przeglądał Netflixa – z wieloma okienkami różnych wydarzeń. Nie tyle musiałem podejmować decyzję, które okno chcę przybliżyć, ile prowadziła mnie intuicja. Cofałem się do dzieciństwa i tego jaki byłem wycofany wśród rówieśników, po piękne wakacje na wsi u dziadków, po związki i przyjaźnie, konflikty i kryzysy. Zapomniałem zupełnie o czasie. O tym co aktualnie robię i z kim, moje oczy były cały czas otwarte. Mimo, że ich nie używałem, to spoglądałem nimi w głąb siebie głębiej i głębiej.
Mimo mojej wysokiej wrażliwości, przeglądałem i zgłębiałem moje życie z ogromnym spokojem, niezależnie od charakteru danej sytuacji, negatywów czy pozytywów. Trochę jakbym oddzielił emocjonalność od intelektu i dojrzałości. Pierwszy raz byłem niezależnym sobie doradcą, który tak trafnie potrafi dostrzegać problemy i rozwiązania dla innych, nigdy dotąd dla siebie. Zacząłem dostrzegać linię mojego życia i tego, jak kształtowała się moja osobowość, moje spojrzenie na świat. I chociaż popełniłem tysiące błędów, przeszedłem setki kryzysów, dostrzegłem nareszcie kim jestem i co sobą reprezentuję. Moja odmienność, która zawsze była niezrozumiana, okazała się unikatową wartością, która powinna motywować mnie do rozpoczynania każdego dnia. Moja inteligencja emocjonalna, z którą całe życie nie potrafiłem sobie radzić, okazała się kluczem do zrozumienia innych na poziomie, jakiego oni sami nie potrafią dostrzec. Zrozumiałem, jak bardzo się cieszę z tego, kim jestem dzisiaj, że nie poddawałem się i zawsze szedłem pod wiatr, mimo wszechobecnych głosów, nakazujących zawracać. Pojąłem, że jestem dobrym człowiekiem, który chce nie tylko lepiej dla siebie, ale dla każdego i wszystkiego dookoła. Pojąłem, jak bardzo jestem z siebie dumny, mimo że mój perfekcjonizm i wymagania wobec siebie nigdy nie dopuściły mnie nawet do zastanowienia się nad tą kwestią. Wzruszyła mnie ta chwila tak bardzo, że po policzkach jedna po drugiej spływały ciepłe łzy szczęścia. Ogarnęło mnie poczucie pełnej samoświadomości, dostrzeżenia siebie, zrozumienia i… Dumy. Pierwszy raz w życiu powiedziałem w myślach sam do siebie, że się kocham i sobie dziękuję. Poczułem ogromną potrzebę przytulenia samego siebie, tak też zrobiłem. I tak Patryk od 2 godzin leży na podłodze, wpatruje się w sufit i papierowy żyrandol, zalany łzami i obejmuje się niczym Dracula po kolacji. Ta “chwila” uwolniła tak wiele emocji, że jeszcze bardziej mnie wzmocniła. Teraz mój Netflixowy podgląd przekształcił się w coś bardziej zaawansowanego, z narzędziami sprawczości. Teraz, mając szerokie spojrzenie na moje życie, mogłem wybierać dowolne tematy, aby niczym sprawiedliwy sędzia oceniać skalę danego problemu, a następnie bez zastanowienia, intelekt samodzielnie podsuwał mi warianty jego rozwiązania. Niektóre tematy były prostsze, inne bardziej złożone. Niekiedy miałem do wyboru opcję A i B, czasami zakres kończył się na literze H. Tym samym każdy supeł, który przeszkadzał mi w samorozwoju i szczęściu, wiedziałem na jakie sposoby mogę rozpętlać. Trochę jakbym zestawił całe moje życie, następnie wraz z komentarzami i oddelegował zadania z konkretnymi instrukcjami.
Zeszło ze mnie tyle emocji, że przerwa sama się zaanonsowała, miałem krótką wymianę słów zdumienia z moją przyjaciółką, po czym poszedłem do toalety. Wychodząc umyłem powoli ręce, a świat delikatnie pulsował jaskrawymi kolorami. Słyszałem, że bezpieczniej jest unikać patrzenia w lustro, jednak pozwoliłem sobie na to. Mimo wszechobecnej geometrii, kolorów, pulsowania fal, jednocześnie zachowałem uważność, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczałem. Wszystko, co działo się wcześniej w mojej głowie, teraz działo się w otaczającej mnie rzeczywistości… Toalety. Spojrzałem na siebie i każdy milimetr mojej twarzy był wyostrzony, ale momentalnie przykuło moją uwagę moje… Spojrzenie. Przy kolorze moich oczu, wymiana spojrzeń może wprowadzić w zakłopotanie, bo ma się wrażenie, że przeszywam czyjąś duszę na wskroś. Stałem przed lustrem i byłem ze sobą sam na sam. Niezależnie od moich myśli, przeszłości, przyszłości, byłem tu i teraz. Face to face. Eye to eye. Ja i ja. Wszystko co chwilę temu dostrzegłem tripując na podłodze, mogłem spersonalizować i skonfrontować najpiękniejsze myśli, wnioski, fakty, do jakich się dokopałem po 29 wiosnach. To była najbardziej intymna chwila mojego życia, nawet do dziś. Raz jeszcze się przytuliłem i postanowiłem, że czas wrócić na dalszy seans poznawania siebie.
Wróciłem do pokoju, przyjaciółka kontemplowała przy łóżku, wymieniliśmy uśmiechy i kilka słów fascynacji tym, co przeżywamy. Spojrzałem przez okno, było jeszcze widno. Przyglądałem się temu, jak wszystko biegnie w swoim tempie, kiedy ja wewnętrznie zwolniłem, aby zgłębiać moją uważność.
Po kilku minutach wróciłem na podłogę, gotowy do kolejnego etapu podróży.
Papierowy żyrandol był elementem przewodnim tego doświadczenia. Efekty grzybów deformowały go i ożywiały, nadając mu finalnie charakter dużej meduzy, która unosi się nad moją głową. Jej macki falowały, hipnotyzując mnie, wciągając w dalszy etap przygody. Byłem lżejszy niż kiedykolwiek, jakbym znalazł receptę na wszystkie moje problemy, narzędzia do pracy nad lepszym jutrem. To był moment, w którym mogłem iść dalej, ponad siebie i moje ego. To był początek eksplorowania świata zewnętrznego, w którym dzieje się tak wiele ciekawych rzeczy. Zacząłem myśleć o rodzicach, którzy mimo własnych trudności zawsze dbali o moje bezpieczeństwo i dobrobyt. O dawnych znajomościach, które wiele wniosły do mojego życia, ale które musiałem pożegnać. O ludziach, którzy mnie dzisiaj otaczają i wnoszą coś wyjątkowego do mojej codzienności. Zmienił się zupełnie kierunek moich obserwacji, wcześniejsze rozbijanie wszystkiego na atomy przekształciło się w stopniowe oddalanie się – zoom out. Moja perspektywa się nieustannie rozszerza. Tym sposobem zacząłem od tego gdzie się teraz znajdują, u boku przyjaciółki, w dzielnicy Śródmieście Warszawa, w stolicy, w Polsce, w Europie. Tutaj nie było Netflixa, a bardziej National Geographic z pełnowymiarową serią różnorodnych dokumentów na wszelakie tematy. Rozmyślałem o codzienności, o życiu, o polityce, innych krajach, narodach, religiach. Przyglądałem się wszystkiemu z ogromną ciekawością i swego rodzaju bezstronnością. Nie była w mojej naturze ocena, lecz perspektywa – coś co pojąłem, że brakuje we współczesnym świecie. Mamy wystarczająco dużo własnych problemów, że nie mamy przestrzeni na spojrzenie w innym kierunku, pod innym kątem. Czułem się jak główna bohaterka filmu pt. “Lucy”, która przewija karty historii naszego świata poszerzając perspektywę, przetwarzając miliony informacji jednocześnie. Czułem jak się oddalam, wręcz unoszę nad podłogą, a moje ręce i nogi się odsuwają na boki, lekko wypychając ciało do góry. Nigdy nie czułem się tak silny, nieograniczony i sprawczy. Mimo, że wypłakałem już spore wiadro łez w pierwszej części mojej przygody, teraz ponownie się wzruszyłem i trochę jak w tunelu czasoprzestrzennym każda sekunda przyspieszała do prędkości światła, a ja przetwarzałem więcej i więcej informacji o… Wszechświecie. Tematy przyziemne już mi nie wystarczały, wykraczałem poza Ziemię, w kierunku orbity, innych planet, Układu Słonecznego, kosmosu. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się, że potrafiłem nie mrugać przez długie godziny, ponieważ to co przetwarzałem w głowie, łączyło się z pływającą meduzą przez moją twarzą, i nawet na sekundę nie mogłem sobie pozwolić na przerwę w tej międzygwiezdnej trasie. Czułem, jakbym oddzielił się od mojego ciała, był wyłącznie strumieniem świadomości, który przetwarza piękne informacje. Nagle wszystko się zatrzymało i w ciemnym pomieszczeniu nicości, wróciłem do siebie z klarownym spostrzeżeniem, że jestem maleńkim ziarenkiem piasku w Rozległej Pustyni Wszechświata…
Moje doświadczenie odcisnęło coś subtelnego na moim postrzeganiu siebie i świata zewnętrznego. Trochę jakbym sam posadził nasiono samoświadomości, które od dzisiaj powoli rosło, dojrzewało. W kolejnych kilku dniach, tygodniach, miesiącach i latach wszystko to co przeżyłem tego dnia wciąż do mnie wracało w postaci nowych spostrzeżeń. Chociaż wiem jak abstrakcyjnie brzmi moja powyższa historia, był to początek czegoś, co ukształtowało i wciąż formuje mnie.





