Krok przed Ayahuascą – amazońska żaba oczyściła moje ciało i umysł

what is kambo ceremony - how is administered - what happens when you take - kambo cleanse - kambo experience - ritual - treatment - what does it feel like - what to expect - kambo and ayahuasca -

Miesiąc temu zdecydowałem się na udział w ceremonii Ayahuaski. Zanim jednak opowiem o tym doświadczeniu, zacznę od tego, co wydarzyło się dzień wcześniej – od oczyszczającej ceremonii Kambo*, z wykorzystaniem trującego jadu amazońskiej żaby.

*W tym miejscu chcę wyraźnie zaznaczyć, że celem tego artykułu jest wyłącznie podzielenie się moimi doświadczeniami, zdobytymi podczas prawie trzyletniego życia w Azji Południowo-Wschodniej. Nie jest moją intencją zachęcanie do udziału w jakichkolwiek praktykach, które są nielegalne.

 

Czym jest ceremonia Kambo i jak działa?

Kambo to tradycyjna, amazońska „substancja pozyskiwana z jadu żaby Phyllomedusa bicolor, stosowana dla detoksu, czyli wzmocnienia odporności, oczyszczenia ciała i umysłu. Truciznę nakłada się na otwartą ranę na skórze. W tym celu punktowo przypala się ją za pomocą rozgrzanego pnącza amazońskiego o nazwie tamishi. Następnie nakłada się nań rozcieńczony jad. Efektem są intensywne wymioty, którym czasami towarzyszy biegunka. Zaleca się specjalną dietę na kilka dni przed (unikanie wszelkich używek, czerwonego mięsa, słodyczy i intensywniejszych przypraw). Jest to częsta praktyka przed ceremonią Ayahuaski, która ma na celu umożliwienie głębszych doświadczeń w oczyszczonym ciele.

Przygotowanie do rytuału Kambo – czego się spodziewać?

Budzik zadzwonił o 7:30. To wystarczająco wcześnie, aby przygotować się na dzisiejszą ceremonię Kambo, która startowała o dziewiątej. Od wczorajszego wieczoru obowiązywał ścisły post, dlatego na skuter wsiadłem z pustym żołądkiem. Zalecono nam lekkie, przewiewne ubrania, butelki na wodę i ręczniki – w końcu czekało nas dość intensywne doświadczenie.

Dotarłem minutę przed czasem, lekko zestresowany, że źle obliczyłem trasę. Wszyscy już byli, z wyjątkiem Zosi, która pojawiła się zaraz po mnie. Zosia, która również tutaj mieszka, to jedna z dwóch Polek, z którymi utrzymuję bliski kontakt. To właśnie ona, ta dobra dusza, przekonała mnie do udziału w jutrzejszej ceremonii Ayahuaski – za co jestem jej bardzo wdzięczny.

Spotkanie odbywało się w urokliwym domku, szczelnie otoczonym bujnym ogrodem, tworząc niesamowite poczucie prywatności i głębokiego połączenia z naturą. Tom grał na gitarze, a my, półsenni, wymieniliśmy uśmiechy pełne ekscytacji i delikatnego stresu. Było nas sześcioro uczestników, plus Tom – prowadzący ceremonię i Julia, która miała się nami dzisiaj opiekować.

Tom poprowadził krótkie wprowadzenie, wyjaśniając, co, jak i dlaczego się wydarzy. Następnie przeszliśmy do kilkuminutowej medytacji. Szczerze mówiąc, zawsze mam problem z utrzymaniem skupienia, a myśli o tym, co zaraz się wydarzy, skutecznie niweczyły wszelkie próby wyciszenia. Ale nie miało to znaczenia. Julia rozdała nam wszystkim „zestawy przetrwania” – rolkę papieru toaletowego i wiadro – po czym napełniła po korek nasze butelki wodą.

Moje doświadczenie z Kambo – ceremonia krok po kroku

Pierwszy był Francisco, Zosia ostatnia, a ja tuż przed nią. Rozpoczęliśmy od punktowego przypalania skóry na przedniej stronie barku. Tom sugerował od czterech do pięciu punktów – im więcej, tym silniejsza dawka i mocniejsza reakcja organizmu. Kolejno podchodziliśmy do Toma, który odsłaniał wybrany obszar skóry, prosił o głęboki wdech, a z wydechem przykładał tamishirozgrzane, cienkie pnącze amazońskie. Delikatnie bolało, ale wciąż było znośne. Połowa grupy wybrała cztery punkty, jedna dziewczyna, która przechodziła ceremonię po raz drugi – sześć, a ja poprosiłem o pięć.

Okej, czas na gwóźdź programu. Zaczęliśmy od Francisco. Prowadzący nakładał jad żaby na jego przypalone punkty, jednocześnie intonując specjalne inkantacje. Jad szybko się krystalizuje, więc co jakiś czas musiał go zwilżać wodą. Następnie, w rytm śpiewu, chwytał instrument zbudowany z dużego pióra i grzechotki, machając nim przy klatce piersiowej Francisco, jego twarzy i nad głową. Następna była dziewczyna z sześcioma przypaleniami. W połowie jej ceremonii Francisco zaczął już wymiotować.

Wszyscy byliśmy równie podekscytowani i zestresowani. Ja, jak pewnie wszyscy inni, miałem w głowie gonitwę myśli rodzaju: „Co ja tutaj robię?”, “Patryk, co Ty w ogóle robisz ze swoim życiem?!”. Ale spokojnie, to był bardziej żartobliwy komentarz do absurdu sytuacji, który pozwalał mi rozładować napięcie. Reguła była prosta: w połowie ceremonii kolejnej osoby, poprzednia zazwyczaj zaczynała już wymiotować.

Przyszła kolej na mnie, a po mnie na Zosię. Podobnie jak wszyscy, po nałożeniu jadu zamknąłem oczy i skoncentrowałem się na głębokim oddychaniu – wdech nosem i wydech ustami. W ten sposób zawsze udaje mi się kontrolować nawet najgorsze fizyczne, złe samopoczucie. Po około 30 sekundach poczułem lekkie pieczenie w przypalanych punktach, a potem, jak trucizna stopniowo rozchodzi się po moim organizmie, gwałtownie przyspieszając tętno. Chwilę później kolega obok już wymiotował. Po ok. 3 minutach zaskakująco wciąż nie miałem mdłości czy odruchów wymiotnych. Serce waliło jak szalone, napędzając myśli o tym, co się zaraz wydarzy. Włączył się lekki overthinking i de facto marzyłem, aby już się zaczęło. “Mówisz, masz” – poczułem, że czas przyjąć pozycję, którą już wcześniej zaplanowałem, uznając, że najwygodniej będzie mi na kolanach, pochylony do przodu. Po chwili się zaczęło.

Nie będę opisywał szczegółów, bo niewiele w tym ciekawej treści, ale warto wspomnieć o Julii. Była idealną opiekunką do tej niecodziennej roli. Zadbała, aby każdy czuł się bezpiecznie i względnie komfortowo. Bardzo umiejętnie instruowała wszystkich, aby przede wszystkim regularnie pili wodę, która pomaga w oczyszczaniu żołądka. Istotna była pozycja pionowa, dowolnie dostosowana do naszego stanu – ze skrzyżowanymi nogami, lub na klęczkach, z wiaderkiem pod brodą lub pochyleni do przodu. Wiadomo, przy tego typu “atrakcjach”, można się pobrudzić, dlatego Julia pilnowała aby każdy miał blisko siebie papier toaletowy do higieny osobistej. Między tymi “ ludzkimi dźwiękami” w tle Tom i Julia wciąż śpiewali pieśni.

Między “zrzutami” lekko się z w myślach z siebie podśmiechiwałem, na zasadzie: „W Polsce jest teraz 4 rano, wszyscy najbliżsi smacznie śpią, a Patryk postanowił zaaplikować sobie trujący jad żaby, aby w gronie pięciorga obcych mu ludzi, wymiotować do wiaderka, w dodatku jeszcze za kasę”. Całość trwała chyba 20-30 minut. Julia monitorowała każdego i często dopingowała nas do dodatkowej porcji wody i manualnego wywoływania odruchów. Zosia była po mojej prawej. Z tego, co słyszałem i czasami zerkąłem, miała znacznie agresywniejszą przygodę. Kilka razy musiała się położyć, co jest zabronione ze względu na ryzyko zakrztuszenia. Dlatego prowadząca musiała jej pomóc usiąść i dopingowała ją, że da radę. Po kilku minutach Julia podeszła do mnie i szeptem zasugerowała, że jeśli czuję się dobrze, mogę się położyć i odpocząć. Nie wiem jak oceniali nasz stan, może po odcieniach zieleni na twarzy, albo dynamiki wkładania głowy do wiadra.. Ale niektórzy, mimo, że przyjęli porcję później, “skończyli” wcześniej, inni wciąż “procesowali”. Pod koniec sesji poczułem potrzebę skorzystania z toalety, ale bez żadnych rewolucji. W tym czasie było już ze mną dość dobrze i mimo zaleceń „podróży do toalety z wiaderkiem” puszczono mnie bez. Po powrocie jeszcze zmusiłem się do wypicia połowy mojej butelki, wykonania ostatnich odruchów i poczułem, że to koniec. Leżeliśmy w ciszy, z zamkniętymi oczami. Byłem wykończony, marzyłem o własnym łóżku i półtoragodzinnej drzemce. Po 20 minutach Tom zaprosił nas do przyjęcia pozycji wyprostowanej i w kręgu chwilę nam opowiadał o dalszych instrukcjach, dodając kilka komentarzy do tego, co przeszliśmy i czego możemy się spodziewać. Wszyscy, mimo że trochę zmarnowani, byli uśmiechnięci i dumni, że dali radę.

Pożegnaliśmy się z deklaracją spotkania na Ayahuascę jutro o 19:00. Wróciłem do domu okrężną drogą, aby trochę dłużej pojeździć skuterem i dotlenić mózg. Zdążyłem mocno zgłodnieć i ledwo wszedłem do domu, zrobiłem konkretne śniadanie. Przez połowę dnia byłem nieco osłabiony i niekoniecznie skoncentrowany, ale ogólnie wszystko było dobrze.

Kambo a Ayahuasca: Dlaczego Kambo robi się przed ceremonią?

Kolejnego dnia byłem mocno podekscytowany tym, co czeka nas tego wieczoru. Kilka godzin przed spotkaniem patrząc w lustro nieco zdębiałem. Wyglądałem… Inaczej, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kondycja mojej skóry twarzy była nie tyle lepsza, co wręcz idealna – wypryski zredukowały się o 90%, zniknęły wszelkie przebarwienia, a linia żuchwy była tak wyeksponowana, że nie mogłem uwierzyć w to co widzę w odbiciu. Cienie pod oczami, jakie towarzyszą mi całe życie również całkowicie zaniknęły. Zwątpiłem w odbicie lustra w łazience, poszedłem sprawdzić czy to co widzę jest prawdą w salonie, a później na zewnątrz. Byłem w ciężkim szoku, ponieważ wyglądałem tak, jakbym wykonał wczoraj szereg zabiegów, począwszy od naciągnięcia skóry szyi przez oczyszczanie i na nawilżaniu kończąc. Dodam, że w dotyku moja skóra była tak gładka, jakbym miał znowu 20 lat. Po przyjeździe na ceremonię zapytałem o wspomniane efekty prowadzących i przytaknęli, że na takie są rezultaty oczyszczającej sesji Kambo, gdzie przede wszystkim udrażniany jest system limfatyczny, co umożliwia pozbycie się wszystkiego, co zalegało w organizmie. A zaznaczę, że od kilku lat wykonuję na sobie masaże Kobido i udrażnianie limfy, ale nigdy nie uzyskałem nawet w połowie takich efektów!

Moją przygodą z ceremonii Ayahuasca i szczegółami dlaczego uważam, że Kambo miała znaczący wpływ na moją przygodę – podzielę się z Wami w najbliższych dniach!

Jeśli podobają Ci się moje treści, możesz mnie wesprzeć „kupując mi kawę”. Serdeczne dzięki!